Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elizabeth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elizabeth. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 sierpnia 2018

Od Elizabeth CD. Oscara

 Cargo, bo tak podobno miała na imię, odebrała dziwny, tajemniczy list, który jeszcze przed chwilą namakał śliną Oscara. Nie miałam ani zielonego, ani czerwonego pojęcia, co mógł zawierać, ale życie nauczyło mnie, że nie wszystko musi wędrować w zasięgu mojej wiedzy. Nie musieliśmy zbytnio zagłębiać się w śmierdzące tereny Élysée, chociaż byłam świadoma tego, że moja łapa stała właśnie na terenach owego gangu. Szczerze, z każdym krokiem dalej czułam się bardziej niepewnie i mój stres wzrastał, pamiętam, doskonale pamiętam, co było, gdy zapuściłam się za daleko i wylądowałam nie tam, gdzie trzeba. Na terenach Palais-Bourbon. W mojej głowie wciąż siedzi ten dziwny osobnik, który ostrzegł mnie... A raczej odstraszył? Nie chciał, widocznie nie chciał, abym wkraczała na ich posiadłość. Co prawda trzymałam stronę Louvre, ale to chyba normalne, że inne gangi uznawałam za marne, ale zdaję sobie sprawę, doskonale wiedziałam, że gdybym jako dom wybrała inny gang, Louvre byłoby dla mnie przekleństwem. Nie, nie żałuję decyzji, te tereny były idealne, a z tego, co zauważyłam, mam tutaj już jednego... Znajomego. Tak, znajomego. Nie licznie na nic więcej. Nie boję się tego słowa użyć, towarzystwo Oscara było niczym złym, chociaż zauważyłam, dokładnie widziałam, że niektóre moje zachowania irytowały. Starałam się tym nie przejmować, w końcu pies dobrowolnie wybrał spędzanie ze mną czasu, co nie wskazywało, że tłumi w sobie negatywne emocje do mojej osoby. Widać, że wśród sforzan miał grono bliższych przyjaciół, chociażby charta, którego ostro i bezczelnie zignorowałam. Pies wbił we mnie oczy. Huśtałam się na łapach, byłam właśnie głęboko zamyślona i obojętna. Oscar zaczął podchodzić w moją stronę. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak dziwacznie mogłam teraz wyglądać. Staliśmy na skraju Louvre, kilka kroków i weszlibyśmy na posadę Élysée, czego naprawdę nie chciałam.
— Nad czym tak myślisz? — te słowa wyrwały mnie z głębokich myśli. Potrząsnęłam łbem, próbując natychmiast się opanować, ale zdałam sobie sprawę, że fizyczny wysiłek w postaci machania głową na prawo i lewo na nic się nie zda. Zignorowałam jego pytanie, odchodząc obojętnie w drugą stronę. Pies nie dał mi jednak spokoju, zaczął energicznie kłusować w moją stronę. Nagle, jakby znikąd, poczułam ostrą woń i zapach drugiego psa. Nie był to zapach Oscara, do którego mój nos był przyzwyczajony. Moje uszy zaczęły opadać i przyklejać się do pleców. Poczułam się zagrożona. Oscar wpatrywał się we mnie. W jego oczach dostrzegłam niepokój.
— Co się stało, Elizabeth? — spytał niepewnie. Przez jakiś czas byłam dziwnie zestresowana i nie miałam najmniejszego zamiaru się odzywać. Czułam nie niebezpieczeństwo, zagrożenie. Wolałam mieć się na baczności, ale nie aż takiej, by nie odzywać się ani jednym słowem. Spojrzałam na psa.
— Czuję czyjąś obecność — zaczęłam, węsząc dokładniej — kogoś z innego gangu.
 Oscar jakoś niezbyt był zmartwiony tym faktem, bowiem byłam świetnym kłamcą i nie zawsze można było wierzyć moje słowo. Przysięgam, coś jest na rzeczy. Chwilę później zauważyłam jeszcze większe zaniepokojenie. Moje łapy automatycznie zrobiły kilka kroków w tył. Na oczy ujrzałam dziwną, młodą suczkę. Czy pochodziła z Louvre? Tylko to pytanie krążyło w mojej głowie. Nie byłam tego pewna. Praktycznie nikogo nie znałam. Spojrzałam na psa. Nie był teraz najspokojniejszy.
— Ona jest z gangu? — spojrzałam błagalnie na psa. Chwilę wpatrywał się w nieznajomą postać, nerwowo poruszając łapami. Podkuliłam ogon, gdy stanowczo pokiwał głową. Suczka była rasowa, z tego, co moje oczy zobaczyły niebieski spaniel pikardyjski. Starałam się być prawie niezauważalna. Stała na naszych terenach, ale to może dlatego, że byliśmy na skraju terenów gangu Élysée. Nie wiem, naprawdę nie wiem, co ją tu sprowadzało. Stała odwrócona, więc miałam idealny czas na ucieczkę, ale uświadomiłam sobie, że jestem szpiegiem, który musi stawić czoła nawet najgorszemu wyzwaniu.
 Oscar zaczął iść w jej stronę. Starałam się jak najbardziej brać z niego przykład. Wciąż nerwowo ruszałam ogonem, ale starałam się schować jakiekolwiek wyrazy niepokoju. Przypomniałam sobie akcję, gdy nieświadomie wkroczyłam na tereny Palais-Bourbon. Wtedy jakiś seter chciał mnie wygonić. Pewnie będziemy teraz robić to samo, aczkolwiek moja pewność i podejrzenia nie były stuprocentowe.
— Po co do niej idziemy? — chciałam sprawiać teraz wrażenie, jakbym kompletnie nie wiedziała, o co kmini i być jak najbardziej zagubioną i bezradną. Pies zignorował moje pytanie, ale zrozumiałam, że już za chwilę sama się tego dowiem.

<Oscar? Wybacz długi czas odpisu i bezsensownie dobrane zdania>
- spotkanie psa z innego gangu (5 pkt)
- przekroczenie granicy swojego gangu (5 pkt)
+10 pkt doświadczenia

sobota, 28 lipca 2018

Od Elizabeth CD. Oscara

 Od wyjścia z parku, po przechadzkę paryskimi ulicami, aż do wejścia do siedziby Louvre, razem z tajemnym miejscem. Bardzo mnie to nowe życie zaciekawiło, a gdy znalazłam się razem z psem w tajemnym pomieszczeniu, poczułam się, jak gdybym nagle stała się częścią jakiegoś ważnego wydarzenia. Tylko członkowie Louvre mieli zaszczyt wstąpienia w progi tajemniczej komnaty. Zaczęłam się ostro zastanawiać, czy pozostałe gangi również posiadają coś w tym stylu, a ilekroć o tym myślałam, w mojej głowie kłębiły się najróżniejsze pomysły. Mają? Nie mają? Ale... Cóż to za różnica? Mogą mieć tajemnicze sale, albo coś kompletnie innego, ale już po chwili zorientowałam się, że za daleko odpłynęłam myślami, a mój umysł odpłynął stopniowo za daleko. Potrząsnęłam głową, odganiając wszystkie złe myśli i skupiając się na jednym. Na obecnej sytuacji. Nie powiem, byłam ciekawa, ale rozpraszały mnie wszystkie inne, nowe psy. Co prawda w okolicy kręciły się już dwa, ale Oscar widocznie nie był zaniepokojony obecnością pewnej czarnej borderki. Była ode mnie nieco mniejsza i jej umaszczenie było w tym przypadku czarne. Tak samo z psem, którego spotkałam jeszcze przed chwilą. Moja obojętność i póki co wrogie nastawienie do nieznajomego nie potrafiły wyrządzić tutaj cudu, szczerze, udawałam, że w pobliżu go nie ma, chociaż był, a ja byłam tego w pełni świadoma. Psy przywitały się ze sobą, a ja stałam jak kołek, jakbym była nieżywa oraz nie potrafiła nawet przywitać się z nieznajomym. Chart chciał też przywitać mnie, jednak ja, głupia i przestraszona wszystkiego istota odrzuciłam jego ciepłe starania i poszłam w swoją stronę.
 W "tajemniczym" przejściu nie widziałam zbytnio niczego ciekawego, głównie dlatego, że jak dotąd się jeszcze uważnie nie rozglądałam. Wszystko było takie zamurowane, takie betonowe, gdzieniegdzie odpadało, no, ale pies nie człowiek, cudów nie zdziała. Co sądziłam o całej sprawie? Póki co, nie miałam zdania. Pierwsze dni będą zawsze najgorsze i najtrudniejsze, ale odkąd tu trafiłam, czułam, że będzie to jedna z najlepszych przygód w moim życiu.
— Co tutaj tak właściwie się znajduje? — odpowiedziałam, o wiele śmielej, niż zazwyczaj. Przez krótką chwilę pies nie odpowiadał, jakby chciał mnie czymś zaskoczyć. Jakbym miała sama za chwilę przekonać się, co mnie czeka. Nie wiem. Wciąż byłam przygotowana na każdą sytuację, a z każdym krokiem moje serce zaczęło walić coraz mocniej i miałam wrażenie, że zaraz po prostu wybuchnie. Moje przypuszczenia nie były słuszne, bo zamiast pękać, zaczęło stopniowo się uspokajać. Przekroczyłam kolejny próg, lekko uderzając łapą o wypukłą ziemię, która stanowiła małą przeszkodę na mojej drodze. Nie zwracałam na to uwagi, wciąż szłam przed siebie, zostawiając psa w tyle. Korytarzyk był dość długi, jednak jego obszar nie stanowił dla mnie problemów, łapy nie odmawiały mi posłuszeństwa, wręcz przeciwnie, ciekawość dodawała mi otuchy i chciałam jak najszybciej zobaczyć, co dzieje się za przejściem. Wszystko wciąż wydawało mi się niezwykle skomplikowane, ale dotarło do mnie, że mało który pies dostąpi zaszczytu wejścia w skład gangu psów. Popatrzyłam na mojego towarzysza. Spoglądał na mnie pogodnie, a ja wciąż miałam dziwne podejrzenia i wątpliwości. Cholera. Muszę wreszcie zacząć śmielej do wszystkiego podchodzić. Z tego, co usłyszałam, gangi to miejsce dla odważnych, a nie dla małych, zagubionych w świecie piesków. Teraz zrobiło mi się głupio. Za wszystko. Za pierwsze spotkanie, za pokazywanie agresji, no... I za tę sytuację z chartem. I mimo, że na pysku wciąż miałam ten sam, niepewny i niezbyt zdecydowany wyraz twarzy, czyli moja normalność, to w mojej głowie kłębiły się naprawdę, różne myśli. Starałam się, aby nie było ich widać, bowiem chciałam sprawiać jak najlepsze wrażenie.
— To tutaj — zawołał pies — przejdź przez ten próg.
 Moje uczucia były w tej chwili zmieszane, ale nie chciałam wyjść na kompletną ciamajdę i wolałam zaryzykować, niż teraz odpuścić i wszystko stracić. Już po chwili na moim pysku pojawił się uśmiech, ogon zaczął nałogowo kręcić się w powietrzu, niezbyt mocno, aczkolwiek zdecydowanie, a ja po raz pierwszy zobaczyłam coś, czego jeszcze nigdy nie widziałam. Poczułam, jak spływam dumą. Byłam właśnie w tajnym, ukrytym pomieszczeniu, znanym tylko nielicznym. Tylko członkom Louvre.

<Oscar?>

piątek, 27 lipca 2018

Od Elizabeth CD. Oscara

 Taki zwrot akcji to, szczerze mówiąc, niekoniecznie rzecz, której się w tym momencie spodziewałam. Nie zrozumcie tego źle, wolę zawrzeć z psem sojusz niż walczyć do upadłego, niewielkie towarzystwo zawsze się przyda, zwłaszcza, iż pies nie wykazał się idiotyzmem i wiewiórkę oddał w moje łapy. Wciąż byłam trochę nieśmiała i zagubiona, fakt, ale... Z drugiej strony wolałam teraz zachować zdrowy rozsądek i pozostać razem z psem. Wiadomość, że jest z Louvre uspokoiła mnie jak nic, w reakcji na to moje ciało wróciło do normalnej formy, pysk miał ten sam wyraz, co zawsze, a uszy znów zabawnie wisiały. Poznałam też jego imię - Oscar. Przeprosił za fatygę, po czym się przedstawił, a na koniec zaproponował jakiś spacer. Szczerze, jak na razie do przyjaźni z nim mnie nie ciągnie, ale nie odmówię pierwszej znajomości. Na pytanie o dziwo odpowiedziałam swoim imieniem, na co odpowiedział lekkim skinieniem głowy. Co do drugiego... W zasadzie, nie muszę wiecznie siedzieć samotnie, zwłaszcza, iż moje relacje z osobnikami tego samego gangu powinny być pozytywnie. Moje zniesmaczenie sytuacją stopniowo przemijało i starałam się wymusić uśmiech, jednakże próba zakończyła się niepowodzeniem. Nie chcę udawać, że go znam, na razie niczego tutaj nie ma, a jego imię poznałabym tak czy inaczej. Prędzej czy później i tak byśmy się spotkali, a los chciał, aby to nastąpiło właśnie dzisiaj.
— Jeśli chcesz, to ja... Bardzo chętnie mogę się przejść — wyjąkałam, wciąż lekko zagubiona. Wzięłam wiewiórkę w pysk. Skoro "wypad" w nieznane miał nastąpić teraz, to nie miałabym co zrobić z mięsem. Będę chodziła z nią w pysku i idiotycznie wyglądała. Byłam wciąż głodna, a zostawienie mięsa bez opieki byłoby bardzo złym pomysłem, gdyż bardzo dużo psów się tu kręci i na pewno każdy skorzystałby z okazji, a ja tylko polowałabym na czyjąś korzyść. Wiewiórka zaczęła lekko namiękać w moim pysku. Zwierzątko wyglądało fatalnie, było całe poszarpane, brakowało jej oka, a niemalże wszędzie widniały ostre rany, wyjąwszy krew, którą wręcz promieniowała.
— Będziesz ją tak nieść? — spytał pies, wskazując skinieniem pyska na ofiarę.
— Chyba nic innego z nią nie zrobię... — odparłam. Przez całą sytuację w ogóle zapomniałam o fatalnej pogodzie. Zresztą, nic nie wskazywało na to, że burza będzie szalała nad naszymi głowami w nieskończoność. Widocznie widziałam jej kres, na co głęboko odetchnęłam, możliwe, że oddech słyszał również mój towarzysz. Co prawda musiałam znieść jeszcze kilka chwil mokrej pogody, otuchy dodawał mi sam fakt, że zaczyna to powoli przemijać i muszę skupić się tylko na kontakcie z psem. Pozostało pytanie, na które do tej pory nie odpowiedziałam. Co z wiewiórką?
— Myślałam, że nie będzie problemu, jeśli będę ją trzymać.
 Pies popatrzył się to na mnie, to na zwłoki zwierzęcia. Wciąż byłam niesamowicie głodna, ale starałam się tego nie pokazywać przy Oscarze. Wbił wzrok w zwierzę i poważnie się zamyślił.
— Jeżeli chcesz, możesz zjeść ją teraz — odpowiedział. Nie byłam w stanie teraz określić wyrazu jego twarzy, powiem to wszystko aż do teraz wydawało mi się skomplikowane i dziwne. Nie jestem specjalistą od rozmów i naprawdę nie żywiłam pełnego zaufania do psa. Nie twierdzę, że mi przeszkadza, można nawet powiedzieć, że w pewnym, malutkim sensie go lubię i może nazwiemy to... Znajomością. Przynajmniej nie będę musiała się bać, że rówieśnicy nazwą mnie aspołeczną kujonką. Nie chciałam również zawieść psa, ale mój instynkt przetrwania nakazywał mi zjeść zwierzątko. Nie myślałam, że zajmie to dużo czasu, w końcu to małe ciałko, jednak trochę zabawy przy nim jest. Myślałam nawet, by podzielić się z psem, ale odmówił, tłumacząc się tym, że nie jest głodny i swoje już zjadł. Cóż, nie będę go biła za to, że nie chce pomóc mi w pozbycie się wiewiórki, ale w tej akurat chwili jakoś tak... Odechciało mi się jej wcinać. Ale cóż, co moje, to moje, zostało z niego tylko tylna łapa i mniejsze kawałki. Może jakiś głodny pies wsunie resztę.
— A więc... Chciałeś się gdzieś przejść? — zaczęłam, wstając. Byłam najedzona i gotowa na niemal wszystko. Jednak mój charakter i nastawienie do sytuacji wciąż mnie mocno zastanawiały. Nie wiedziałam, do czego mam podchodzić pozytywnie i, przede wszystkim, czy zaufać Oscarowi. Pozornie miły i kulturalny, jednak kto wie, czy nie ciągnie mnie w nieznane, by rzucić się na mnie i zabić, niczym tę nędzną wiewiórkę? Sugerowałam, że lepiej jest mieć się na baczności. Pies również wstał. Entuzjastycznie polował głową. Spięłam wszystkie mięśnie i ruszyłam za nim, na wszelki wypadek będąc gotowa na atak z jego, lub całkiem innej strony.

<Oscar?>

Od Elizabeth CD. Rivaille'a

 Sama nie wiem, co przyszło mi do głowy, by śledzić jakąś parę zakochanych kujonów, ale doskonale wiedziałam, że Paryż jest miejscem zakochanych i w zasadzie można tutaj urządzić sobie niezłe kino, oglądając najróżniejsze pary, niekiedy nawet można było oglądać wszystko i wszystkich. Nie powiem, momentami było to komiczne i głupie, a chwilami nawet miałam ochotę zaśmiać im się w twarz, skrytykować, upokorzyć i odejść. Jak zdążyłam się zorientować, nie byłam sama, bowiem od początku do końca razem ze mną to dość często spotykane zjawisko obserwował drugi osobnik, szczerze, jakoś niezbyt często go widywałam. Założę się, że to jakiś lamus z innego gangu, ale to, że napotkałam go na swojej drodze to raczej moja wina. Sama dokładnie nie wiem, gdzie się znajdowałam i ziemi, na której właśnie stałam jeszcze nie znałam i dotarło do mnie, że mogłam znajdować się teraz na terenie innego gangu. Nie znałam nazwy, jestem jeszcze zielona w tych sprawach, ale błagam, nie krzyczcie, każdy kiedyś zaczynał. Znalazłam się po chwili i krok za blisko i pies postanowił dopiąć na swoim. Lekko uniosłam brwi, gdy piorunował mnie wzrokiem. Co robisz na terytorium Palaris-Bourbon? 
— Zwiedzam — odrzekłam. Co jak co, ale była to jedna z najgłupszych odpowiedzi, jakie słyszałam. I naprawdę, w ogóle nie przejmowałam się tym, że to coś wyleciało z moich ust. Gdy dokładnie przeanalizowałam to, co właśnie powiedziałam, starałam się nie wybuchnąć śmiechem. Robienie sobie jaj z obcych to czasami naprawdę ciekawe zajęcie. Pies popatrzył na mnie jak na idiotkę. Otworzył pysk, jakby chciał właśnie w tej chwili coś powiedzieć, ale jakby co zatkało. Zamknął pyszczek. Niewinnie kołysałam się na łapach i starałam się sprawiać wrażenie jak najbardziej zagubionej i bezradnej.
— Nie wierzę ci — burknął — do jakiego gangu należysz?
 Nie miałam zamiaru odpowiadać na to głupie pytanie. No, ewentualnie sarkastycznie. Wpatrywałam się w niego jak w osła, ale równocześnie starałam się wyglądać jak najgroźniej, i starać się zachować spokój. Wokół nas panowała cisza, no, może wyjąwszy miejskie hałasy. Scena jak z filmu. Elizabeth złapana na gorącym uczynku. Możnaby zrobić taki super film, owocujący miliardami wyświetleń na tych dziwacznych, ludzkich mediach.
— Jakiego gangu? W okolicy są gangi? — waliłam bezmyślnie. Moja mina wskazywała tylko jedno, to wszystko nie było na poważnie, tylko tym razem nie potrafiłam tego odpowiednio zamaskować, a pies, który widocznie nie był jeszcze tak głupi zdążył się zorientować, że każda z moich odpowiedzi to czysta ironia, którą tylko głupi wziąłby na poważnie.
— Przestań kłamać — rzucił ostro. Mordował mnie wzrokiem. Starał się teraz wyglądać jak najgroźniej i widocznie chciał dopiąć na swoim. Arogancko prychnęłam.
— Moja przynależność nie jest ci absolutnie do niczego potrzebna — mówiąc to, odwróciłam się do niego tyłem. Zaczęłam grzebać łapą w betonie, taki stresowy odruch, ta sytuacja nieco mnie zaniepokoiła. Pies wyszczerzył zęby w geście zdenerwowania. Uwielbiałam szarpać komuś nerwy, co prawda właśnie straciłam resztki godności i wzajemny szacunek dobiegł w siną dal. Najchętniej to bym mu teraz przywaliła, fakt, byłam dzisiaj nieco śmiała, ale odwagi by podejść i dać mu w pysk ciągle mi brakowało.
— Owszem, jest — wydawało mi się, że z każdym słowem staje się coraz bardziej zdenerwowany i wkurzony, a powodem było nic innego, jak moje zachowanie. Sama nie wiem, co we mnie dzisiaj wstąpiło. Co z miłą, nieśmiałą i ani trochę nie chętną do rozmowy psiną? Nie wiem. Ten, no... Zniknęła gdzieś.
 Czułam, jak ciśnienie mi skacze. Nie miałam już cierpliwości do tego typa, który najwidoczniej w świecie się zgrywa, jak super ważna osobistość, a raczej jak tępy dupek. Położyłam po sobie uszy, zaczęły mocno przyklejać się do pleców. Lekko odsłoniłam zęby. Czułam się, jakbym naprawdę grała w jakimś filmie akcji. Cywilizacja gdzieś zniknęła, lekki, chłodnawy wiaterek wiał, a dwa psy, z całkiem innych drużyn, wrogo nastawione do drugiego szczerzą się na terytorium jednego, do którego drugi bezprawnie wtargnął...

<Rivaille?>

Od Elizabeth do Oscara

 Wieczór. Ciemny, pochmurny wieczór. Nad Paryżem widniały ciemne chmury, które jedyne, co zapowiadały, to deszcz. Nadciągała burza, tak, zorientowałam się, w końcu raz po raz jakieś światło przecinające niebo rozświetlało tamten horyzont. Deszczowa pogoda to ostatnie, czego w tej chwili potrzebowałam oraz ostatnie, czego w tej chwili chciałam. Odwróciłam się, wlepiając wzrok w czarne obłoki. Nadciągała naprawdę nieciekawa pogoda, od razu było to czuć, wiatr zaczął się zrywać, rozwiewając i rozrywając moją sierść. Ignorując nawet najgorszą pogodę zaczęłam zapuszczać się w głębsze tereny Louvre, zamiast wziąć nogi za pas i zacząć uciekać. Nie przypuszczałam, że burza potrafi wyrządzić szkody, fakt, byłam świadoma z istnienia piorunów, których skutki są wręcz... Katastrofalne, i gdybym dostała w ryj piorunem, to co jak co, nie byłoby mnie chyba na tym świecie. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodziłam po to, aby dostać i umrzeć, wręcz mnie to odpychało, chciałam żyć i miałam zamiar przeżyć resztę życia, ale nie zdawałam sobie sprawy z zagrożenia, ignorując je. Mój brzuch ściskał głód. Miałam nieodparte wrażenie, że pora coś zjeść, miałam właśnie wejść pod stół moich właścicieli i poprosić o jedzenie, ale jedna rzecz mi nie pozwalała. To całkiem inne życie. Już nigdy nie będę potulnym, czyściutkim psiakiem z zadbanego, bogatego domku, teraz nie będzie tak łatwo, muszę sama zadbać o jedzenie, o przetrwanie, jakby tego było mało, starać się nie wpaść w łapska innych, śmierdzących gangów. Sama nie wiedziałam, co było lepsze. Łatwe życie było wygodne, ale na wolności wreszcie poczułam prawdziwy smak wolności i naprawdę poczułam, że żyję.
 Poczułam też uderzenie kropli wody na pysku. I drugie... I trzecie... Mogłabym wymieniać, ile kropli spadło, ale po bardzo krótkim czasie pogubiłam się, nie mogłam zliczyć ilości kropel. Prawdziwy deszcz spadł mi na głowę, a po chwili zaczęło grzmieć. Kurna, ten deszcz nie mógł się chwilę powstrzymać. Myślałam, aby zacząć uciekać i znaleźć bezpieczne miejsce, bo w Paryżu naprawdę nie brakuje zadaszonych ludzkich siedzib, które ochroniłyby mnie chociażby przez nieprzyjemnym deszczem, ale nie chciałam wyjść na tchórza. Wiem, wiem, że to głupota, bo nawet najtwardsi muszą czasami zawrócić, ale... Coś mnie powstrzymywało. I niektórzy mogą to uznać za kompletny brak rozumu i głupotę, zostałam. Niemalże przemakałam deszczem. Prychnęłam, przeklinając deszcz. Kurna, ta pogoda jest okropna. Nie rezygnowałam jednak z celu, głodna i w pełni świadoma tego, że natychmiast potrzebowałam zaspokoić potrzebę głosu przemierzałam ulice Paryża. Nie byłam szczególnie zadowolona z obecnej sytuacji, zwłaszcza, że oprócz spadających i wnerwiających do granic możliwości kropel towarzyszyły mi grzmoty i błyskawice, które nie dość, że irytowały, to jeszcze straszyły. Za każdym, mocniejszym grzmotem moje ciało zaczęło szybko podskakiwać, nagły, głośny huk nigdy nie będzie przyjemny. Cóż, nie wystraszyło mnie to do tego stopnia, że zaczęłam uciekać z podkulonym ogonem, a pewności siebie dodawał mi fakt, że moje oczy dostrzegały już zdobycz. Znajdowałam się niedaleko paryskiego parku, a tutaj naprawdę nietrudno o wiewiórki. Pewne rude stworzenie biegało po parku, na moje szczęście nie zaczęło wspinać się po drzewach. Wydawało się być szczęśliwe i ani trochę nie zdawało sobie sprawy z zagrożenia, ze śmiertelnego zagrożenia, jakie czekało go za rogiem. Ja, Elizabeth, amator, który próbuje złapać rudawe zwierzęta z wielką kitą staram się zabić wiewiórkę, którą jesteś, więc próbuje cię zabić, rudy cosiu. Parsknęłam, gdy kropla spadła na mój nos i o mało nie weszła do środka. Zaczęłam się skradać do zwierzątka. Szukało czegoś w trawie, przysięgam, nie wiem czego, ale jeżeli to sens jego życia, to niech tego sensu już nie szuka, za chwilę jego życie straci sens, tak samo jak to życie, które zaraz straci. Starałam się pozostać niezauważalną, ale takie zwierzęta chyba nie są głupie i istnieje dość duża szansa, że polowanie mi nie wyjdzie, błagam, walona burzo, nie spłosz mi zwierzyny. Skok, złapanie i śmierć. A przynajmniej tak miało przebiegać moje polowanie. Zaczęłam się skradać i nie rzucać w oczy. W głowie miałam tylko pomyślne polowanie zakończone sukcesem. Byłam już niedaleko zdobyczy, na oko około półtora, może dwa metry od wiewiórki. Przygotowałam się do skoku ostatecznego i zakończenia polowania. Odepchnęłam się łapami, wbijając kły w ciało zwierzęcia. Szarpało się i miotało, ale już raczej nic nie zdołało go uratować. Było już nieżywe. Na bank. Tryskało krwią, wręcz nią przeciekało. Po udanym polowaniu postanowiłam udać się w bezpieczniejsze miejsce i tam ucztować. Zanim jednak tego dokonałam, uderzyłam o coś. Martwa już wiewiórka wypadła mi z pyska, a ja odruchowo cofnęłam się o kilka kroków. Położyłam uszy po sobie i dostrzegłam pysk psa.

<Oscar?>
- polowanie (5 pkt)
+ 5 pkt doświadczenia

Everything is beautiful in some way, but we are not always able to see this beauty.

Elizabeth • 3 lata • ♀ • Louvre • Uczeń (Szpieg)
STATYSTYKI: 15 • 7 • 5 • 10 • 5 • 4 • 4
CHARAKTER: Elizabeth najlepiej opisać jako zamkniętą i skrytą w sobie suczkę, a przynajmniej tak opisana zostanie przez nieznajomego. Przy bliższym poznaniu okazuje się to być radosna psina, która ceni sobie towarzystwo, wolność i niezależność. Cichutka. To właśnie ta osoba, która stoi na uboczu i z kpiną morduje rozmówców wzrokiem, szukając odpowiedniego momentu, aby wejść w rozmowę. Jest to jednak bardzo nieśmiałe stworzenie, którego zaufanie ciężko zdobyć. Może i jest miła, ale ciężko stwierdzić, czy dla każdego i zawsze. Może mieć swoje cięższe dni, jednak na codzień jej nastawienie jest bardzo pozytywne i niezbyt przejmuje się jednorazowymi błędami. Aby się z nią zaprzyjaźnić nie wystarczy podejść i zagadać. Skąd ma wiedzieć, czy nie wbijesz jej noża w plecy po dwóch minutach udawanej znajomości? Aby mieć ją za przyjaciółkę powinieneś najpierw się czymś wykazać. Suczka nie lubi przyjaźnić się z wszystkim i wszystkimi, jak sama twierdzi, woli trzymać się zaufanej grupki psów, do których żywi prawdziwe zaufanie, niż do przypadkowych osób o niewiadomych zamiarach. Można więc powiedzieć, że introwetyk. Dla bliskich przyjaciół jest to otwarta i szczęśliwsza sunia, która przede wszystkim pragnie odrobiny szacunku, który sama odwzajemnia. Wzajemny szacunek... Nie patrzy, kim jest ta osoba. Może nie wszystkie jej wypowiedzi są wypowiadane wielce poważnym tonem, bo to zwyczajne kłamstwo, ale nie wyzywa innych bez powodu. Powaga to ostatnia rzecz, o której myśli. Nie cierpi bardzo poważnych psów. Wśród swojej grupki jest całkowicie otwarta i jest znakomitą kompanką do szaleństw i zabaw. Nie myśli o konsekwencjach swoich czynów, przez co nieraz musiała ratować swoje cztery litery. Jej charakter stopniowo zmienia się w stosunku do sytuacji, nie będzie szaleć przy ważniejszych sprawach, tylko próbować postępować jak najlepiej. Zawzięta i zdeterminowana, nigdy się nie poddaje, a przynajmniej stara się zajść jak najdalej, nawet, gdy wydaje się to niemożliwe. Twierdzi, że dla niej nie ma barier, i skoro jeszcze nikt inny tego nie dokonał, to może być pierwsza, może być lepsza. Nikogo nie uważa za lepszego. Dostrzega wady i zalety w każdej sytuacji, zawsze wyłapie jakiś najmniejszy błąd, a także bardzo trudno wcisnąć jej kit. Zawsze dokładnie analizuje sytuacje a odróżnienie prawdy od kłamstwa nie sprawia jej problemów. Jest wyszkolonym kłamcą i bądź zawsze uważny, niemalże każde jej słowo może być kłamstwem, więc bądź czujny, potrafi na własną korzyść zrobić cię w konia. Lekko egoistyczna. Nie zawsze i wszędzie, ale często. Działa głównie na korzyść własną i bliskich przyjaciół, poświęcenie dla nieznanych osób graniczy z cudem, co prawda może tego dokonać, ale nie róbmy sobie wielkich nadziei. Jak ją do tego przekonać? Nie ma praktycznie żadnych sposobów. To ona wybiera, komu i w czym chce pomóc. Na pewno nie pomoże osobie, do której żywi urazę. Nie cierpi gadać z nieznajomymi. Boi się szczególnie kontaktów z samcami, dużymi i groźnymi. Nie cierpi tak gadać. Nie potrafi sztucznie gadać i udawać zainteresowania nudną rozmową. Potrafi pokazać, że jej nie obchodzisz, bez żadnych problemów. Może to lekko nie grać z jej zasadą na temat szacunku, ale spokojnie, nie będzie ani kląć, ani Cię wyzywać. I chociaż nigdy nie stroniła od wulgaryzmów, w kontaktach z bliskimi psami raczej dobrze sobie radzi.
APARYCJA: Należy zacząć od tego, że Elizabeth to border collie, bez względu na umaszczenie, które w tym przypadku nie jest biało-czarne, lecz czekoladowe z białymi znamionami. Nos również jest ciemnobrązowy. Uszy lekko oklapnięte, oczy złotawe. Białe skarpetki, brzuch i okolice pyska, a także koniec ogona. Jej pysk jest oczywiście wydłużony, zdobią go delikatne wąski oraz niemalże niezauważalne piegi. Pysk ma w pewnym sensie "zwisającą" sierść, a okolice oczu zdobi warstwa czarnej skóry, niewielkiej i prawie niezauważalnej, jednakże w jakimś stopniu dodaje suczce uroku. Sucha sierść w dotyku jest bardzo delikatna i puszysta. Łopatki lekko wystają, łapy są dobrze zbudowane, gdzieniegdzie prześwitują delikatne mięśnie. Kufa uniesiona lekko ku górze, ogon jest dość długi i puszysty. Eliza jest dość wysoka i solidnie zbudowana.
UMIEJĘTNOŚCI: Pierwszym punktem, bez wątpienia jej znakiem rozpoznawczym jest niewyobrażalna szybkość. No, może nie przesadna, ale nie zdziwcie się, jeżeli Was wyminie. Potrafi też ugryźć z dość dużą siłą i jest w stanie kogoś zabić. Tak. Potrafi też pływać, bardzo dobrze i dość szybko, ale tylko na krótkich dystansach. Ma też daleki zasięg skoku, niekoniecznie wysoki, ale daleki.
HISTORIA: Jest ona dość prosta - urodzona w pewnej hodowli i zaadaptowana przez rodzinę. Kochała ją, a ona wiodła wręcz królewskie życie... Do czasu. Wiek dwóch lat. Spacer po okolicach. Spacer jak spacer, ale zakończył się tragicznie. Zauważyła gołębia, a jej głupi rozum kazał mu za nim pobiec. Uciekła, wyrywając smycz właścicielki z ręki. Po pogoni, jak chyba wiemy, nieudanej, zgubiła się, najzwyczajniej się zgubiła i nie wiedziała, gdzie jest. Przez kilka dni samotnego, niezbyt przyjemnego życia natrafiła na sforę, a raczej gang psów - Louvre. Dołączyła do niego, bo jakie miała lepsze wyjście?
INNE:
  • Rodzice: Cirilla i Tiger. Nie pamięta, huh, stare, szczenięce czasy...
  •  Rodzeństwo: Coffee, Bite, Isaac.
  • Partner: Brak. Ona sama nie wie, czy jest gotowa na miłość i nie wie, czy to kiedykolwiek się zmieni. To samo z potomstwem.
  •  Nałogowa obserwatorka gwiazd.
  •  Potrafi świetnie polować.
  •  Bliższym zezwala na przezwisko Beauty.
  •  Nie lubi kapusty.

KONTAKT: Endra [H] krzakroslina@gmail.com [Mail]